Szukaj na blogu

Chorwacja: Savudrija – Funtana




                                                                   Dystans: 46,89 km

No i stało się. Rzecz wręcz niemożliwa, a jednak.
Poranek pierwszego noclegu nad Adriatykiem przywitał nas potężną burzą. Tak więc pakowanie,  zwijanie namiotu i śniadanie w tempie ekspresowym i … 1,5 godzinny pobyt w toalecie na przeczekanie nawałnicy.

Obozowisko przed zwinięciem na campingu w Savudriji.

Leje. Pierwsza burza w Chorwacji.

Miły, 1,5 godzinny pobyt w toalecie.


W końcu po tym czasie zaczęło się rozwidniać, rozliczamy się za nocleg i ruszamy na trasę.
Jechało nam się całkiem nieźle, bo mimo dużej ilości wody na ulicy generalnie było bardzo ciepło.
Niestety po 6 km jazdy znowu deszcz i zjazd na kawę na przydrożną stację benzynową. Za nami godzina postoju. Na szczęście zaczęło wychodzić słońce i chociaż nadal kropiło padła komenda - jedziemy dalej. 10 km i znowu postój, bo znowu leje. Tym razem lądujemy na herbacie w restauracji gdzieś za Umagiem.

Przeczekanie deszczu w restauracji w Karigadorze.

Przeczekanie deszczu w restauracji w Karigadorze.


Po kolejnej godzinie przejaśniło się na tyle, że jedziemy znowu. W końcu złapaliśmy rytm i mimo ciągłej jazdy „góra – dół” dotarliśmy szczęśliwie do największej atrakcji tego dnia czyli Poreca.
Porec okazał się przepięknym miasteczkiem z bardzo ciekawą starówką, obfitującą w mury obronne nieco podobne do murów w Kotorze czy Dubrowniku (zdecydowanie mniejsza skala i ilość samych murów) oraz kilka dość starych kościołów, a także szereg zabytkowych kamieniczek.

Widok na Stare Miasto w Porecu.

Szykujemy się na wejście do Starego Miasta.

Na promenadzie wokół Poreca.

Fragment murów obronnych w Porecu.

Na promenadzie wokół Poreca.

Na promenadzie wokół Poreca.


W Porecu postanowiliśmy zjeść obiad w restauracji, jeden z nielicznych na wyjeździe.
Chwilę rozglądaliśmy się za knajpą, których, jak w każdym chorwackim miasteczku pełno na starówkach miast i  ani się spostrzegliśmy jak molestował nas naganiacz z jednego z takich lokali i już siedzieliśmy za stolikiem. Wpadliśmy na całego. Na szczęście jedzenie było pyszne i nie żałowaliśmy ani jednej kuny wydanej na żarcie.

Na poreckiej starówce. Tłumy ludzi i my z objuczonymi rowerami.

Na poreckiej starówce. Tłumy ludzi i my z objuczonymi rowerami.

Na poreckiej starówce. Tłumy ludzi i my z objuczonymi rowerami.


Tak naładowani kaloriami ruszyliśmy w kierunku Funtany w poszukiwaniu campingu.
Po kilku kilometrach udało nam się znaleźć nawet dwa, tańszy i droższy. Oczywiście w pierwszej kolejności uderzyliśmy na ten tańszy, ale jak się można było spodziewać nie było na nim wolnych miejsc, więc parafrazując Jana Himilsbacha z filmu „Rejs” skoro tańszy jest zajęty wchodzimy na pierwszy wolny. No i tak się stało, nie było wyboru. Na szczęście standard campingu, w tym bardzo ładna plaża  okazał się godny ceny. Skutek – po przepierce i rozbiciu namiotu – pierwsza (u  niektórych druga) kąpiel w Adriatyku.

Plaża przy campingu w Funtanie.

Nasze obozowisko na campingu w Funtanie.

Mała ekstrawagancja. Prysznice dla psów.


Jeszcze tylko kolacja, piwko wypite w toalecie w trakcie ładowania telefonów i spanko – trzeba ładować akumulatory na trasę do Puli.




Nasza trasa: